W kółko

Moje życie ostatnio przypomina zwariowany kołowrotek. Nawet przypadkiem strzelone zdjęcie zawiera ten rytm. Trochę słońca, trochę nieba a reszta się jakoś kręci. Marzenia schowałam do woreczka. Zamknęłam i zaszyłam szczelnie. Będą dobrym miejscem na wbijanie życiowych szpilek. Może „zmądrzeją” i przestaną dopraszać się o realizację. Czas zapomnieć, choć trudno. Naprawdę trudno.
Ale może dosyć o marzeniach. Oddam w dobre ręce, może komuś innemu się spełnią. Życzę z całego serca. Piękne są, tylko dla mnie poza zasięgiem.
Może z innej beczki. Ale takiej z dziegciem. Ktoś jeszcze pamięta co to jest?
Niedawno napisałam do koleżanki, którą poznałam jeżdżąc na koncerty VM, że miło Ją zobaczyć. Chociaż na zdjęciach. Zrobiła sobie przerwę od koncertowania kilka lat, więc jak Ją zobaczyłam napisałam odruchowo. Dostałam odpowiedź „Czy spotkamy się kiedyś na koncercie VM” odpisałam, że chęci mi trochę opadły. Odpisała „My trwamy, właśnie czekamy na koncert” poczułam się jak ktoś gorszy, bo „nie trwa”. Jeżdżę na koncerty i to często. Często też chodzę w Warszawie jak tylko mogę. W odróżnieniu od innych pracuję w weekendy po 12 godzin i nie zawsze mogę dojechać. A już na pewno nie tam, gdzie mnie nie oczekują. Nie jestem gorszym gatunkiem człowieka jeśli nie jestem w takim czy innym fanclubie. Wręcz stronię od tych grup, bo to naprawdę nie dla mnie. Tam poznałam wielu cudownych ludzi. Ale nie klasyfikuję ich pod kątem jeżdżenia na koncerty czy słuchania konkretnych piosenek. Dla mnie to są ludzie, z którymi jest mi dobrze być. Śmiać się, rozmawiać. Fanclubowe życie nie jest dla mnie czymś, za czym tęsknię. Nie chcę do tego wracać i przykro mi, że są tacy, którzy definiują znajomość ze mną przez pryzmat przynależności do konkretnej grupy. Lubię swoją wolność i nie ograniczam jej innym. Ale potrafią zaboleć pewne fanclubowe „smaczki”. I jak tu cieszyć się na spotkanie, kiedy jesteś tą gorszą kategorią homo sapiens. Chyba powoli się przyzwyczajam. Biorę głęboki wdech, nawet kiedy mój idol przybijając mi piątkę też traktuje mnie jako gorszy sort znajomych. No życie po prostu. Ale w tym życiu znikam. Znikam to tu to tam. Coraz mniej mnie w ogólnej przestrzeni. Nie mam parcia na świecznik. Po prostu sobie żyję rytmem, który wielu jest nie po drodze. Czy z mniejszą pasją? Nie wiem. Chowam swoje pasje i uniesienia, bo nie potrzebuję ich już pokazywać wszystkim. O wiele bardziej lubię kameralne spotkania i rozmowy w niewielkim gronie. Chodzę na koncerty i znikam tuż po nich. Moje szuflady lubią moje zdjęcia. I ja też lubię do nich wracać. Tyle mojego, co wystukam tu czasami czarno na białym. I to też tylko wtedy, gdy nie będą to skrajnie przykre ani zbyt radosne emocje. Ot taki środek.

Skomentuj