Albania- Durrës

Jestem w cudownym miejscu. Albania Durrës. Byłam już w Albanii rowerem. Nawet 2 razy. Ale nie tu. Wybrzeże Albanii jest celem moich krótkich wypadów po chwilę wytchnienia. Pojawi się więc kilka zdjęć z tego miejsca. Kilka, pewnie na jakiś czas, bo krucho z miejscem a nie przyjechałam tu by robić porządki w telefonie. W myślach, których ciągle zbyt wiele- tak. Ale to na inną historię.
Wczorajszy zachód słońca…


On trwał, trwał i trwał jakby żal się mu było skończyć. Są takie relacje, których i ja kończyć nie chcę. Bo były dla mnie zbyt ważne, by je odłożyć do pudełka z pamiątkami. By zamknąć je i po prostu zapomnieć. Nawet, kiedy nic w nich się nie dzieje. Po prostu sobie płyną swoim własnym nurtem nie zwracając uwagi, że stoję na brzegu i macham. Jakby mnie nie było. Dziś stałam na pomoście i patrzyłam na spektakl na niebie. Na kolory, zmiany odcieni i nastroju. To wszystko było tak piękne… I nareszcie nie musiałam powstrzymywać łez. Po prostu same się uwolniły, by dać ulgę sercu, które w swojej otwartości że zbyt dużą ilością emocji musi sobie dawać radę. Dziś nie musiało. Dziś po prostu wypuściło je na wolność.
W Durrës jest już po sezonie. Plaża jest pusta, choć leżaki nadal gotowe. Czysto i niesamowicie klimatycznie. Zgłodniałam. Miał być drink z palemką ale skończyło się na herbacie i serniku z galaretką. Starość chyba, czy coś w tym rodzaju? Ciastko było przepyszne. A herbata dodawała ciepła rozgrzewając myśli. Taka niczym nie popędzana chwilą dla mnie. Tylko dla mnie. Lubię podróżować w pojedynkę. Mieć czas tylko dla siebie i wybory też tylko takie, które nie są z nikim dzielone. Bo tak trzeba. Bo nie można inaczej. Tak więc dziś zamiast drinka herbata z ciastem z galaretką. Jak to zwykłe jedzenie galaretki może być natchnieniem… Czerwona, malinowa i bardzo smaczna. A moje myśli biegną oczywiście tam, gdzie obiecałam sobie, że już przestaną. A może ja po prostu lubię rozmyślać o relacjach, które mogły by trwać ale z jakiegoś powodu im nie po drodze? Szukam powodów i sposobów, by to zmienić? Jak w tej galaretce. No i wymyśliłam. Tak wpadło mi to do głowy i rozmyślam nad tym jeszcze teraz. Filip pytał „dlaczego kochamy, co nam daje to, że kochamy?” I chyba nareszcie zrozumiałam czym jest wzajemność w relacji. W jej trwaniu.
Musisz być moją żelatyną. Musisz BYĆ. Z krwi jak z krwi ale z kości na pewno. Z czegoś twardego, namacalnego, by mnie zatrzymać. Bym nie przeciekła Ci znowu przez palce.

Gdy ciągle się tylko domyślam i zakładam zamiast usłyszeć co chcesz mi powiedzieć to tak, jakby Ciebie nie było. Są myśli i marzenia. A to zbyt mało, by budować coś, co przetrwa burze. I nie. Nie o deklaracje tu chodzi. Czasami chodzi o wzięcie za rękę i spacer w ciszy w samej radości bycia razem. O wiadomość, nie tylko „przecież zawsze możesz napisać, ja odpowiem” o wiadomość, że jesteś. Skierowaną w moją stronę, nie tylko odpowiedzią na moją, bo nie chcę się czuć jak spam.

W takich rejonach błądziły moje myśli. Chcę je tu trochę poukładać.

Być może jest relacja, którą powinnam puścić zamiast kurczowo się jej trzymać. Znaczy dla mnie bardzo wiele. Od wielu lat. Od wielu lat też mam wrażenie, że jestem w niej sama a jednak ciągle jestem. I nie chcę puścić. Inaczej ją widzimy i inne nadajemy znaczenie. Nie przeproszę za to, że czuję i jak bardzo silne są nadal te uczucia. Nie powinno ich być ale nie chcą słuchać. Mnożą się i dzielą. I rosną, choć dawno nie podlewane powinny zmarnieć i wyschnąć. Są jak kaktusy na pustyni. Nie umiem odmówić im istnienia, choć kaleczą, przy najmniejszej próbie zbliżenia.

Skomentuj