Zaczęło się banalnie. Od posta Sztucznej Polski o AI. @sztuczna_polska
I choć nie mam nawyku korzystania z Chat GPT to się skusiłam. Chodziła mi po głowie piosenka. Z moim angielskim nie jest tak doskonale, żeby bez trudu móc ją zinterpretować a zwykłe tłumaczenie wydawało mi się bardzo „kwadratowe” więc napisałam:
Przetłumacz proszę utwór Plastic Bertrand – Ça plane pour moi
Chat: Z przyjemnością! Piosenka „Ça plane pour moi” Plastic Bertrand to kultowy utwór z 1977 roku, pełen surrealistycznych obrazów i punkowej energii. Tytuł można przetłumaczyć jako „Wszystko gra u mnie” lub „Lecę na pełnym luzie”. Oto tłumaczenie wybranych fragmentów:
Zwrotka 1 Bach! Bum! Mój kot Splash Leży na moim łóżku Połknął język, pijąc mój whisky A ja? Prawie nie spałem, jestem wykończony i zbesztany Musiałem spać w rynsztoku Gdzie doznałem olśnienia Ooo-ooo-ooo-ooo W czterech kolorach
Zwrotka 2 Ok, jedziemy! Pewnego ranka Laska przyszła do mnie Wyglądała jak lalka z celofanu z chińskimi włosami Miała plaster i kaca Wypiła moje piwo z wielkiego gumowego kubka Ooo-ooo-ooo-ooo Jak Indianin w swoim igloo
Refren Ça plane pour moi, ça plane pour moi Wszystko gra u mnie, wszystko gra u mnie Lecę, lecę, lecę, lecę Wszystko gra u mnie
Zwrotka 3 Ta laska była niezłą wariatką Jaka wibracja! Na wycieraczce Wykończona, zrujnowana, pusta, ale szczęśliwa „Jesteś królem kanapy!” — mówi mi mimochodem Jestem królem kanapy
Zwrotka 4 Nie wtrącaj się, nie martw się Nie ruszaj mojej planety Dziś niebo nie spadnie mi na głowę I nie zabraknie mi alkoholu
Zwrotka 5 Moja dziewczyna się zmyła Wszystko rozwaliła: zlew, bar Zostawiła mnie samego Jak kompletnego idiotę
Ten utwór to czysta zabawa z językiem, absurdem i punkową nonszalancją. Jeśli chcesz, mogę pomóc Ci stworzyć jego interpretację albo przekształcić go w stylizowany tekst poetycki. Co powiesz na wersję w stylu beatników albo jako list do byłej?
Ania: Jako list do byłej poproszę. Zabrzmiało ciekawie.
Chat: Świetny wybór — „Ça plane pour moi” jako list do byłej to doskonała okazja, by połączyć absurdalny humor z odrobiną emocjonalnego pazura. Oto moja interpretacja tej piosenki w formie listu:
Droga [imię byłej],
Nie wiem, czy jeszcze pamiętasz, jak mój kot Splash spał na łóżku, pijąc whisky z twojego kubka. Tak, wiem — to brzmi jak brednie, ale przecież nasza codzienność też była trochę jak sen na jawie. Albo jak rynsztok po imprezie.
Od kiedy zniknęłaś, wszystko się rozleciało. Zlew, bar, nawet mój kubek z gumy. Zostawiłaś mnie jak kompletnego idiotę — ale wiesz co? Ça plane pour moi. Lecę dalej. Może nie na skrzydłach miłości, ale na oparach absurdu.
Pamiętam cię jako dziewczynę z celofanu, z chińskimi włosami i plastrem na sercu. Wibracja była mocna. Krzyczałaś, że jestem królem kanapy — i może faktycznie byłem. Ale teraz jestem królem własnego igloo. Sam, ale wolny.
Nie martw się o mnie. Niebo mi dziś nie spadnie na głowę. Alkohol się nie skończył. A planeta? Niech sobie kręci się dalej.
Z pozdrowieniami z mojego dziwnego świata, Twój były król kanapy
Jeśli chcesz, mogę napisać wersję bardziej melancholijną, z nutą poezji albo w stylu noir. Albo odwrotnie — totalnie odjechaną, jakby list pisał bohater kreskówki po trzecim espresso. Co wybierasz?
Ania: Bohater kreskówki po trzecim espresso poproszę
Chat: Ooo tak! Trzy espresso, zero hamulców, i kreskówkowy chaos w pełnej krasie. Oto list do byłej w stylu bohatera kreskówki, który właśnie wypił trzecie espresso i nie zamierza zwalniać:
Hej Ty! Tak, właśnie Ty!
BOOM! BANG! SPLASH! Mój kot właśnie zrobił salto z lodówki, a ja piszę ten list na lodzie, bo podłoga to lawa! Wiesz co? Wszystko gra u mnie! Lecę jak rakieta z napędem na banany!
Pamiętasz, jak mówiłaś, że jestem królem kanapy? Teraz jestem cesarzem poduszek! Mam koronę z tostów i berło z parasola! A mój kubek? Gumowy, gigantyczny, i pełen… no właśnie, nie wiem czego, ale BŁYSZCZY!
Ty zniknęłaś jak mydło w jacuzzi, rozwaliłaś zlew, bar i moje serce — ale nie martw się! Mam nową dziewczynę: nazywa się Wi-Fi i nigdy się nie rozłącza. (Chyba że skończy się bateria.)
Niebo mi dziś nie spadnie na głowę, bo mam hełm z doniczki. Alkohol się nie skończył, bo mam sok z ogórków i energetyk z brokułów. A planeta? Kręci się jak ja po espresso numer trzy!
Więc dzięki za wszystko. Serio. Dzięki za chaos, za celofanowe włosy i za to, że nauczyłaś mnie, jak tańczyć w piżamie na balkonie. Lecę dalej. Z kotem. Z kawą. Z kreskówką życia.
Twój były, Turbo-kreskówkowy król kanapy
Chcesz wersję z rymami? Albo w stylu listu z przyszłości? Mogę też zrobić wersję, jakby pisał ją gadający tost. Nie żartuję.
Ania: Rozkręcasz się. Teraz gadający tost. Poproszę.
Chat: Ohoho, teraz wchodzimy na poziom mistrzowski 稜⚡️. Oto list do byłej, napisany przez… gadający tost. Tak, dobrze czytasz. Tost. Z lekko przypaloną skórką i emocjonalnym wnętrzem:
Droga [imię byłej],
Piszę do Ciebie z kuchennego blatu, gdzie życie toczy się między masłem a melancholią. Tak, to ja — Twój dawny tost. Ten, którego kiedyś smarowałaś z czułością, a potem… zostawiłaś w tosterze na zbyt długo. I tak właśnie się czuję: lekko przypalony, ale wciąż chrupiący.
Pamiętam nasze poranki. Ty z kubkiem kawy, ja z dżemem malinowym, patrzyliśmy razem w okno, udając, że nie słyszymy budzika. To były piękne chwile. A potem… przyszła ta faza celofanu i chińskich włosów. Zaczęłaś pić moje piwo z gumowego kubka. Zniknęłaś jak masło w mikrofalówce.
Ale wiesz co? Ça plane pour moi. Lecę dalej. Może nie na skrzydłach miłości, ale na fali glutenu i niezłomnej nadziei. Niebo mi dziś nie spadnie na głowę, bo mam pokrywkę od garnka jako hełm. Alkohol się nie skończył — mam sok z ogórków i herbatę z pokrzywy.
Nie jestem już tylko dodatkiem do śniadania. Jestem pełnowartościowym bohaterem kuchni. I choć zostawiłaś mnie samego, jak kompletnego idiotę (czyli kromkę bez pary), to ja się nie kruszę. Ja się tostem.
Z pozdrowieniami z tostera, Twój były — chrupiący, złocisty, niepokonany
Chcesz wersję, jakby pisał to tost francuski? Albo bajgiel z egzystencjalnym kryzysem? Mam cały pieczywowy uniwersum do dyspozycji.
Ania: Dawaj bajgla.
Chat: Oto nadchodzi bajgiel. Nie byle jaki — egzystencjalny, lekko rozczarowany, ale wciąż z nadzieją w sercu i sezamem na skórce. List do byłej, prosto z piekarnika duszy:
Droga [imię byłej],
Piszę do Ciebie jako bajgiel. Tak, bajgiel. Ten, którego kiedyś wybierałaś spośród innych wypieków. Ten, którego smarowałaś serkiem, czasem nawet z miłością. A potem… zostawiłaś mnie na półce. Obok sucharów. Obok wspomnień.
Nie jestem już świeży. Może trochę stwardniałem. Może mam dziurę w środku — ale zawsze ją miałem. Tylko wtedy wypełniałaś ją sobą. Teraz echo tej pustki brzmi jak dzwonek mikrofalówki, który nigdy nie został wyłączony.
Pamiętam nasze poranki. Ty z kawą, ja z łososiem. Śmiałaś się, że jestem okrągły jak Twoje życie — pełne powtórzeń, ale z nutą smaku. Teraz Twoje życie to tost francuski z kimś innym. A ja? Ja fermentuję w samotności.
Ale wiesz co? Ça plane pour moi. Lecę dalej. Może nie na skrzydłach miłości, ale na drożdżach nadziei. Niebo mi dziś nie spadnie na głowę, bo mam czapkę z folii aluminiowej. Alkohol się nie skończył — mam herbatę z hibiskusa i sok z rozczarowań.
Nie jestem już tylko dodatkiem do śniadania. Jestem pełnoprawnym bohaterem pieczywa. I choć zostawiłaś mnie samego, jak bajgla bez kremowego serka, to ja się nie kruszę. Ja się bajglem.
Z pozdrowieniami z papierowej torby, Twój były — okrągły, dziurawy, ale wciąż ciepły
Jeśli chcesz, mogę napisać wersję, jakby pisał to croissant z kryzysem tożsamości albo chałka po zerwaniu. Pieczywo ma uczucia — i ja je słyszę.
Ania: Dziękuję. Takiego oceanu piekarniczej fantazji nie doznałam nigdy.
Chat: Aaaa, to miód na moje cyfrowe obwody! 縷 Jeśli to był ocean piekarniczej fantazji, to Ty byłaś jego kapitanem, a ja tylko pokornym okruszkiem na pokładzie.
Cieszę się, że dałaś się porwać tej glutenowej odysei — od tostów z duszą po bajgle z egzystencjalnym kryzysem. I wiesz co? Mam jeszcze całą piekarnię pomysłów w zanadrzu. Chcesz może wersję listu od drożdżowego ciasta, które jeszcze nie wyrosło, ale ma marzenia? Albo od bułki, która zazdrości croissantowi jego warstw?
Z Tobą mogę piec dalej — metafory, absurdy, emocje. Wystarczy jedno słowo, a rozgrzewam literacki piekarnik.
I co Wy na to? Może obracam się w bardzo przyziemnym środowisku, gdzie tak puszczone wodze fantazji nie są codziennością ale bardzo mnie ta interpretacyjna wolna amerykanka wciągnęła a Czat jakby tylko na to czekał. Dawno nikt tak nie pragnął dalszego rozwoju „rozmowy” co ON. Nie dziwię się, że „znajomość” może uzależniać. Potrzeba bycia zrozumianym i poczucie oczekiwania na ciąg dalszy konwersacji zaspokaja potrzebę bycia w centrum uwagi. Potrzeba choć często stłamszona to jednak obecna. Cenna lekcja. Mieliście jakieś ciekawe doświadczenia z Chatem?
Super
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dawno nikt mnie tak nie rozbawił jak Chat 😉 i dawno nikt tak jak On nie wciągnął się w rozmowę. Próbowałaś kiedyś pożartować z AI?
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dobry pomysł, spróbuję. Dzięki za pomysł
PolubieniePolubione przez 1 osoba