Cabo Verde

Cabo verde. Wyspy Zielonego Przylądka. Ciekawość wzięła górę. Wolałabym jednak poznawać je w pojedynkę, jak dotychczas. Coś mnie jednak podkusiło i wyrwało mi się, że jadę nie tam, gdzie powinno się wyrwać. I bach. Nie jestem tu sama. No cóż- mam nauczkę, żeby nie kłapać językiem na prawo i lewo, bo później zostaje… Podwójna dawka Ashvagandy… Odsuwam więc ten rozdział i skupiam się na tym co mnie urzekło. Przede wszystkim „no stress” i to na każdym kroku. Luz, spokój i taka umiejętność robienia tego, co do mnie należy spokojnie i systematycznie. Bez oglądania się na innych i licytacji „ja zrobiłem tyle a Ty tyle”. Tu jest po prostu spełnianie swoich powinności krok po kroku. Czy to nalewanie drinków, sprzątanie ze stołów czy serwowanie posiłków. Mogłoby się wydawać automatycznie ale z automatem nie ma to nic wspólnego. Zawsze serdecznie z uśmiechem i do przodu. Bez stresu. Nie jest tu bogato, przepych nawet w tym turystycznym rejonie nie jest widoczny. Jest czysto, schludnie i bez zbędnych dodatków. Jest to, co ma być. Jakby plan był taki, by pokazać, że więcej po prostu nie jest potrzebne. Ocean, kwiaty, palmy i przytulne miejsce na wieczorny odpoczynek. To wszystko tu jest i daje człowiekowi to, co jest potrzebne. Ocean ryby, palmy kokosy, wygodne łóżko odpoczynek. Uboga ziemia też daje się uprawiać. Spokojnie, tyle ile jest potrzebne. Jedzenie pyszne. Bez polepszaczy i sztucznych barwników. Znakomicie się czuję po kabowerdyjskich daniach. Ryby najróżniejsze. Owoce morza- tak, jadłam też homara i nie wiem ile już porcji najróżniejszych ryb. Pierwszy raz jadłam maniok i próbowałam owocu baobabu. Takie smaczki to ja lubię. Gdzieś wśród relacji z podróży znalazłam polecajkę caipirinii w barze „Brasil” przy molo w Santa Marii. Caipirinia jak Caipirinia. Myślałam-nic specjalnego ale TA Caipirinia to wyższa szkoła jazdy. Zamówiłam ananasową. Była klasyczna z limonką, truskawkowa, z czerwonych owoców, z mango i jeszcze kilka innych. Dostałam Ambrozję Ananasową. To była pianka z ananasa z rumem i lodem. Podana w dużej szklanicy. I co to był za smak… Tego smaku się nie powtórzy. Tutejsze ananasy nie są bardzo słodkie, cudownie podkreślają smak rumu. Kawa. Uwielbiam mocną kawę a tu naprawdę znają się na rzeczy. Tu taka po prostu jest. Pełna smaku, mocna, niepowtarzalna. Kolejny plus.
Oblicza oceanu. Jest ich całe mnóstwo. Od spokoju umykających spod stóp fal na brzegu po pełne siły unoszące surferów.  Woda i powietrze w całej swej mocy ścierają się nie w walce a we wspieraniu się nawzajem. Piękny to widok. Zobaczcie sami.

1 Comment

Dodaj odpowiedź do Gisela Anuluj pisanie odpowiedzi