Pani Maria

Pani Maria jest w ciężkim stanie. Dyżur na SIN. Oprócz Niej pacjentka po zabiegu. Do Pani Marii przyszedł mąż. Ona jest w takim stanie, że nieludzkie byłoby powiedzieć Mu, że nie może wejść, nie może przy Niej być choć przez chwilę. Przyszedł i głaskał Jej rękę. Patrzył na monitor jakby chciał czytać w Nim jak w księdze życia. Może tak właśnie było? Mówił do Niej pełnym napięcia głosem. Napiętym ale pełnym czułości. „Jutro będzie lepiej, tylko wytrzymaj. Będzie lepiej. Bardzo Cię kocham. Przyjdę jutro. Zaczekaj na mnie do jutra.” Jakby zaklinał czas. Jakby bał się, że jutra nie będzie. Sonda, dwie stomie cewnik, 5 drenów i VAC… Powolutku kapie żywienie, Levonor o granicznie dużym przepływie… W oczach gasnące światełka. Czy można przyzwyczaić się do umierania? Patrzeć jak gaśnie życie? W pewnym sensie można. Tak wielu ich było. Jest to dla mnie ta kolej rzeczy, którą przyjmuję z wielką pokorą. Ważny jest dla mnie brak cierpienia. Spokój odejścia. W tych czasach i z możliwościami medycyny umieranie nie powinno boleć. Ten czas jest potrzebny później, by nie targał serca obraz cierpienia bliskiej osoby. Ból straty jest i tak duży. O ile umieranie po prostu toczy się własnym rytmem, do którego może nie tyle można się przyzwyczaić, co po prostu umieć sobie z nim radzić. To ból osób, które doświadczają straty jest dla mnie trudniejszy do przyzwyczajenia. Od tego rozdzierającego, często wykrzyczanego „dlaczego?” Przez ciche łzy i szukanie ulatującego ciepła bliskiej osoby jeszcze choć przez chwilę aż do zupełne samotnej pustki. Jest tak wielu, którzy umierają samotnie. Nikt ich nie odwiedzał, nikt nie przysłał kartki z daleka, nikt nie zostawił czegoś, na czym mogli zatrzymać wzrok. Czy trzymam za rękę tych, którzy odchodzą? Tak. Zawsze wtedy, gdy nie ma tej, na którą czekają.

Dodaj komentarz