Miałam o tym nie pisać. Zamknąć temat i odłożyć wśród zbyt osobistych notatek, które się tu nie pojawią. Ale dziś chcę to tu zostawić. Jak pierwszy schodek w kierunku wyjścia.
Japoński wirus samotności. Może osamotnienia? Pośród ludzi, w czterech ścianach… Nieważne za iloma drzwiami i ile zamkniemy zamków jest przy nas, bo to nie świat każe nam być takimi jakimi sami wydajemy się być dla świata- niewystarczający, tylko my sami. Przędziemy w ciszy tę tkaninę we wzory z niezrealizowanych planów, cudzych oczekiwań, niespełnionych ambicji. I owijamy się nią coraz bardziej szczelnie. Coraz bardziej izolując się od reszty… By nie narażać się na kolejne rozczarowanie świata NAMI. Nie podejmujemy kolejnego kroku. Cofamy się wewnątrz siebie… Jak dobrze to znam. A Pola po mistrzowsku opisuje w książce. Tak, w książce. Zamiast podzielić się wrażeniami z jak zwykle przemyślanego koncertu czytam. Słucham, oglądam. Wszystko spójne i tworzy ważną całość. Nie zamkniemy się przed problemami, póki są w nas samych. Póki nie zrozumiemy, że to my sami tkamy te zaciskające się liny. To my sami stawiamy sobie ograniczenia i wymagania. A to nie tędy droga. Mówić o tym, że ma się gorszy czas to żaden wstyd a wręcz wielka siła i wielkie zwycięstwo nad własną słabością. To początek wyjścia z własnego, utkanego z wątpliwości wewnętrznego labiryntu. Czasami długa i pełna przystanków, kolejnych panik i powrotów do zacisza, w którym jesteśmy sami ze sobą w kolejnym zwątpieniu w siebie samych.
Trudno jest być blisko kogoś takiego. „Sam nie wie czego chce”, „Ileż można tłumaczyć”, „Pewnie kolejny foch” tylko… to nie dotyczy jakiejś walki z innymi. To dotyczy tego, co dzieje się we mnie, gdy czuję się niewystarczająca. Wtedy wybieram izolację. Wtedy odchodzę.
Polecam. I książkę i piosenki. Tym razem Pola po polsku.