Moje życie jest jak mój dom. Kiedyś rozsypał się zbudowany na miałkich fundamentach. Niezadbany, opuszczony w nadziei, że ktoś inny się nim zaopiekuje, naprawi, otoczy miłością. Patrzyłam na te rozsypane kawałki z żalem. Bólem. Ten ból nauczył mnie tak wiele…
Mój dom moje życie.
Buduję pomału, nie szczędząc na to, co najlepsze- na szczerość samej ze sobą, bo ze szczerości z niektórymi wyrosły niepotrzebne mury.
Starannie wybieram kolory. Otwieram okna lub je zamykam. Gaszę lub zapalam światło. Uważniej dzielę się muzyką, bo jest dla mnie nieocenioną towarzyszką i nie chcę jej dzielić z kimś, kto jej nie rozumie. Dobieram smaki, zapachy… Tworzę. Stawiam ściany. Mój dom już nie ma tylu okien i drzwi, co poprzedni. Nie zostawiam też klucza pod doniczką. Nie wpuszczam też do niego ludzi, którzy nanieśli mi błota udając przyjaciół i odeszli. Mnie zostawili sprzątanie. Czyszczę więc kąty z fałszu, nieszczerości dla własnej korzyści i śliskiego wyrachowania. Mój dom już solidnie stoi. Zaprasza zieloną werandą na pogawędkę, na obecność. Pachnie w nim codziennym chlebem, pierniczkami i kawą. Słychać mój śmiech. Po tak długim czasie. Nie boję się widoku z lustra. To wszystko to ja. Moje życie zależy ode mnie. Jeśli nie słyszę Twojego pukania to być może już nie te drzwi? To nie ta sama ja.
Dom